Pamiętacie jeszcze pierwsze edycje Big Brothera? Ponad dwadzieścia lat temu miliony Polaków gapiły się w ekrany, podglądając ludzi myjących gary i rozmawiających o niczym. To była rewolucja. Dzisiaj przeżywamy kolejną, ale w wersji „turbo” i – co najważniejsze – z nieporównywalnie lepszym przesłaniem.
Format podglądania życia 1:1 wrócił, ale zamiast zamkniętego domu w Sękocinie mamy internetowy stream na żywo, a zamiast celebrytów goniących za tanią sławą – gościa w prywatnym mieszkaniu lub na rowerze, który jedzie przed siebie, żeby zebrać miliony na szczytny cel. Mowa o fenomenie, jakim są akcje typu Łatwogang.
Bez filtra, bez ochrony, bez ściemy
Dlaczego to tak cholernie dobrze działa? Bo jako widzowie mamy już po dziurki w nosie idealnie wyreżyserowanych, wygładzonych programów telewizyjnych i Instagrama, na którym nawet śniadanie wygląda jak dzieło sztuki współczesnej. Chcemy prawdy. A prawda na streamie charytatywnym bywa radosna, chaotyczna i… nieoczywista.
Kiedy transmisja leci na żywo, nie ma czasu na montaż. Komuś wymknie się siarczyste przekleństwo z przemęczenia? Trudno, ludzka rzecz. Znany influencer, gwiazda telewizji itd. wpadają do zwykłego mieszkania bez kordonu ochroniarzy. Chwilę pogadają, przekąszą kawałek domowego wypieku lub piją herbatę z plastikowego kubka? Super, okazuje się, że są normalnym gościem bez napinki medialnej tylko na warunkach gospodarza. Kamera trzęsie się, gdy ekipa przejeżdża przez małe, zapomniane przez świat miasteczka, a lokalni mieszkańcy wychodzą na drogę, żeby tylko przybić piątkę? Właśnie to nas rozczula.
To niesamowita zmiana pokoleniowa. Młodzież, która powoli wchodzi w dorosłe życie, często niesłusznie obwiniana o siedzenie z nosami w telefonach, nagle pokazuje gigantyczne, wrażliwe serducho. I to jest też wielki ukłon w stronę ich rodziców – Milenialsów. To pokolenie, które przeszło przez totalne transformacje polityczne, społeczne i technologiczne, wychowało dzieciaki potrafiące wykorzystać potęgę Internetu w najlepszy możliwy sposób. Narzędzia cyfrowe spotkały się z czystą, ludzką empatią. Powstała hybryda, którą dziś żyją i social media, i tradycyjna telewizja.
Efekt Owsiaka i lokalni bohaterowie
Oczywiście, nie byłoby Łatwogangu, gdyby ktoś wcześniej nie przetarł tych szlaków. Autostradę dla polskiej filantropii wybudował Jurek Owsiak. To on pokazał nam, że pomaganie może być głośne, kolorowe, rockandrollowe i radosne. Niestety, Jurek jako pierwszy odczuł też na własnej skórze, że w Polsce żaden dobry uczynek nie ujdzie bezkarnie. Zawsze znajdą się malkontenci, którym radosne pomaganie stoi ością w gardle. Taka już nasza specyfika – niektórzy wolą cierpieć w ciszy i tego samego wymagają od innych.
Na szczęście dobro ma to do siebie, że zaraża lokalnie. Nie musimy patrzeć tylko na ekrany telefonów, by zobaczyć ludzi z wielkim sercem. Rozejrzyjmy się po naszym kwidzyńskim podwórku. Mamy tu swoje własne, lokalne instytucje dobra. Na przykład kobiety takie jak Ania Piskorz czy Beata Ponczek, które oddają swój prywatny, święty czas, żeby kręcić kołem zamachowym lokalnej pomocy. Bez błysku fleszy, bez milionowych zasięgów, dzień po dniu.
Pieniądze to tylko promil …
Dlaczego o tym piszę? Bo temat pomagania znam od kuchni, z tej najbardziej wymagającej strony. Jestem rodzicem niepełnosprawnego dziecka. I powiem Wam jedno: W procesie pomagania pieniądze – choć oczywiście piekielnie ważne i potrzebne – są tak naprawdę małym promilem tego, czego rodzic w takiej sytuacji potrzebuje.
Bycie rodzicem dziecka z niepełnosprawnością to brutalna weryfikacja życiowych planów. Masz marzenia, masz ułożony w głowie scenariusz, a potem życie pisze własny, wywracając wszystko do góry nogami. Musisz się dostosować, przewartościować wszystko, co do tej pory wiedziałeś o świecie. To potwornie ciężki kawałek chleba.
I właśnie dlatego te wszystkie akcje – od wielkich ogólnopolskich streamów, po „ciche” działania Ani czy Beaty w Kwidzynie – mają tak ogromne znaczenie mentalne. My, rodzice, nie szukamy litości. Szukamy poczucia, że nie jesteśmy w tym sami. Świadomość, że komuś się chce, że obcy ludzie potrafią rzucić wszystko, wsiąść na rower czy zorganizować zbiórkę, daje potężnego, psychicznego kopa do walki z codziennością. To sygnał: „Widzimy was. Jesteśmy z wami”.
Życie bywa zaskakujące – raz sypie nam pod nogi piasek, innym razem konfetti. Trzeba je brać w całości, oburącz, z całym dobrodziejstwem inwentarza. I całe szczęście, że na tym zakręconym świecie są jeszcze tacy, którzy potrafią podać pomocną dłoń. Czasem z przekleństwem na ustach, czasem na rowerze, ale zawsze z sercem na dłoni.


