Wójt Gminy Sadlinki, szefowa, Pani Wójt… Zastanawiam się, którego z tych określeń używałem najczęściej. Czasami, w kuluarowych rozmowach między znajomymi, wymykało się po prostu: matka. Wtedy brzmiało to nieco żartobliwie, z przymrużeniem oka. Dziś – gdy opadł już pierwszy kurz po jej nagłym odejściu – to słowo nabiera zupełnie innego, poruszającego ciężaru. Zdecydowanie nam matkowała. Było to rodzicielstwo trudne, wymagające, a chwilami podszyte goryczą, bo krwi potrafiła napsuć niemało. Ale pod tym twardym pancerzem biło serce, które potrafiło troszczyć się naprawdę.
Nie zamierzam pisać cukierkowej laurki. Elżbieta Krajewska była zbyt wyrazistą i zbyt prawdziwą postacią, by sprowadzać jej pamięć do bezbarwnych, wygładzonych frazesów. Zaczęło się zresztą pod górkę.
Kiedy w 2017 roku pojawiłem się w urzędzie gminy jako animator kultury i sportu, kompletnie jej nie rozumiałem. Miałem nieodparte wrażenie, że mi nie ufa, że w każdym moim pomyśle doszukuje się drugiego dna i złych intencji. Pierwsze organizowane wydarzenia były drogą przez mękę – i to wcale nie z powodu logistyki czy braku środków, lecz przez jej bezkompromisowe wymagania, a nierzadko po prostu humory. Dopiero po latach zrozumiałem, skąd to się brało. Zarządzanie tak skomplikowanym organizmem jak urząd gminy, lawirowanie między oczekiwaniami mieszkańców, wiejskimi sporami, radnymi, sołtysami a Kołami Gospodyń Wiejskich wymagało pancerza grubszego niż stal. Ona ten pancerz miała.
Sama o sobie mawiała bez owijania w bawełnę: „Ja wiem, że jestem trudna”. I była. Niejednego pracownika doprowadziła do łez, a wśród współpracowników wywoływała nierzadko ogromny stres i nerwy napięte do granic możliwości. Nie zamierzam jej w tym miejscu bezrefleksyjnie usprawiedliwiać – bywała szorstka, apodyktyczna, a jej słowa potrafiły zostawić głębokie ślady. Była po prostu człowiekiem z krwi i kości, z całym bagażem wad, których nie sposób przemilczeć. Ale miała też cechę, która w świecie samorządu bywa na wagę złota: była do bólu skuteczna. Gdy wyznaczała cel, szła po niego bez wahania. Z biegiem czasu patrzyłem na tę jej nieugiętość z coraz większym, mimowolnym podziwem.
Wszystko zmieniło się w 2023 roku, gdy złożyłem rezygnację. Wtedy zniknęła służbowa zależność, a w jej miejsce weszło coś znacznie cenniejszego. Pamiętam moment mojej decyzji o odejściu – byłem autentycznie poruszony, bo walczyła o mnie do samego końca. Gdy formalności dobiegły końca, nasza relacja nie wygasła. Z uśmiechem zapraszała na kawę, a ja z tych zaproszeń chętnie korzystałem. W tych prywatnych rozmowach poznałem inną Elżbietę: ciepłą, wyrozumiałą, szczerze zainteresowaną drugim człowiekiem. Zaproponowała nawet, bym przeszedł z nią na „ty”. Mimo to nigdy nie zdołałem przełamać tej bariery – respekt, jakim ją darzyłem, był po prostu silniejszy od konwenansów.
Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce pod koniec sierpnia tego roku, podczas dożynek w Glinie. Było w nim coś niezwykłego, jakaś trudna do opisania, wyjątkowa aura. W życiu bym wtedy nie przypuszczał, że widzimy się po raz ostatni. Ostatnie słowo, jakie od niej usłyszałem, brzmiało krótko: dziękuję.
Dziś to ja chciałbym powiedzieć: dziękuję, Elu. Za każdą pomocną dłoń wyciągniętą w stronę mojej rodziny, za to, że z czasem zaczęłaś mnie naprawdę doceniać, i za dobre słowo, o którym zawsze będę pamiętał.
Zasłużyła na pełną, rzetelną biografię – nie pomnikową, lecz prawdziwą. Rządziła przez lata, a przecież do wrzucania głosu do urny nikogo siłą nie zmuszała. Sprawowała władzę z autentycznej woli wyborców, a mieszkańcy szli za nią do samego końca, czego dowodem był rekordowy mandat zaufania w ostatnich wyborach.
Dziś Sadlinki stoją w obliczu historycznego przełomu. Patrzę na to już wyłącznie z boku, jako postronny obserwator. Nie pracuję w urzędzie, nie mam w tej układance żadnego osobistego ani politycznego interesu, a o przyszłości gminy zdecydują przecież sami mieszkańcy przy urnach. Wiem jednak, że ona sama dawno wskazała kierunek i człowieka, w którym widziała kontynuację swojej pracy. Życzę Ci, Elu – tam, gdzie teraz jesteś – by ludzie, dla których zostawiłaś tak wiele zdrowia i sił, pamiętali o Twojej wizji, niezależnie od tego, jak potoczą się losy tego miejsca.
Autor zdj: A. Milewski

